Jak przywiozłem do Polski ostatniego limitowanego Rolls-Royce’a?

Scroll this

Znacie to uczucie, kiedy mimo raptem 3 godzin snu zrywacie się z łóżka bo wiecie, że dzisiaj jest TEN dzień? O 7.oo musieliśmy być już na lotnisku. Szybka odprawa i zaledwie po godzinie lotu byliśmy w Rydze. Z lotniska odebrał nas szofer i wraz drugim duetem dziennikarzy, sprawnie zawiózł nas pod hotel Kempinski w centrum Rygi. 

W lobby czekał na nas Frank Tiemann (dyrektor PR marki Rolls-Royce na Europę Wschodnią). 

Po krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że najpierw zjemy lunch a potem zdecydujemy co dalej. Frank pozytywnie zaskoczył nas swoją otwartością. Jak z rękawa sypał przeróżnymi historiami. Od tych jak powstawały poszczególne modele i czym inspirowali się konstruktorzy, aż po opowieść o tym jak Breżniew rozbił swojego wymarzonego Rolls-Royce’a. Chwile później spacerując już wspólnie po centrum Rygi doszliśmy do wniosku, że to bardzo kompaktowe miasto. Okolica po której się poruszaliśmy, przypominała swoisty mix –  Warszawy, Pragi i Lwowa. Frank od razu polecił nam przylecieć tutaj kiedyś na weekend.

Odbierając samochód starając się zachować poważną minę – w środku czyliśmy się jak dzieci, które właśnie dostały bilet do Disneyland’u. Najpierw wraz z drugą ekipą dokładnie obejrzeliśmy nowego Phantoma, który swoimi gabarytami sugeruję że spokojnie można by w nim zamieszkać. Ale nasz Wraith Luminary stojący obok, równie skutecznie przyciągał wzrok przechodniów. Kiedy Frank prezentował samochód, niektórzy z gapiów zaczęli nam robić zdjęcia – myśląc pewnie, że to może ktoś sławny i szkoda byłoby taką okazję przepuścić. 

Kiedy człowiek wsiada do auta, które nie tylko kosztuje 400.000 $ ale jednocześnie, ma świadomość, że na świecie jest takich 55 a Ty siedzisz w ostatnim niesprzedanym egzemplarzu – wszystko dookoła przestaje mieć znaczenie. Zostajesz tylko Ty i samochód.  Z Rygi do Warszawy mieliśmy do pokonania prawie 700 km. Kiedy sprawdziłem jaki to dystans pomyślałem „700 km to 6 godzin i jesteśmy” otóż nic z tych rzeczy. Na całej trasie może przez 30 km jechaliśmy autostrada. Pozostała jej część to małe lokalne drogi, po których jadąc Rolls-Royce’m czujesz się jak Brytyjska królowa. 

Co ciekawe największą przyjemność z prowadzenia auta, które ma 6 litrów pojemności i 640 KM odczuwa się jadąc powoli. Dostojnie, bez pośpiechu – wręcz delektując się każdą chwilą spędzoną za kierownicą. Bywały także bardziej dynamicznie momenty naszej jazdy. Zjeżdżając ze skrzyżowania postanowiliśmy sprawdzić czy pedałem gazu można dotknąć podłogi – można. Przy ograniczeniu do 50 mieliśmy na liczniku ponad 150. Los chciał, żeby 100 m dalej czekał radiowóz Łotewskiej policji. Kiedy po zatrzymaniu Pan policjant zaproponował najniższy wymiar kary czyli zabranie prawa jazdy na 6 miesięcy i 450 euro mandatu, nie było nam do śmiechu. Po wylewnych tłumaczeniach, całej sytuacji, nieoczekiwanie zmienił do nas swoje podejście. Zawołał kolegę z radiowozu i wspólnie zrobili sobie zdjęcie z Rolls-Royce’m – jednocześnie zapominając o mandacie, życząc szerokiej drogi i ostrzegając przed kolejnym patrolem za 70 km. 

Po zmroku dostrzegliśmy kolejne walory Wraith’a Luminary. Podsufitka imitująca niebo wraz ze spadającymi gwiazdami to element, który robi tak wielkie wrażenie, że ciężko potem wrócić do normalnego samochodu. Po 7 godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na noc na mazurach w niewielkiej miejscowości Kocioł Duży. Jak rano szybko się zorientowaliśmy – Rolls Royce był głównym tematem na śniadaniu wśród pozostałych gości. W sobotę rano dojechaliśmy do Warszawy. Kolejne dwa dni z Wraith’em to czas kiedy chodziłem jak odurzony ilością emocji bijących od tego samochodu. Poziom podniecenia wynikający z doznań był tak duży, że wszystkie inne weekendowe atrakcje były nieistotne. 

Podjeżdżając w poniedziałek rano do Rolls-Royce Motor Cars Warsaw i oddając samochód, miałem poczucie, że bardziej dopracowanego auta na świecie po prostu nie ma. Pełny test, sesje zdjęciowe, wrażenia i wszystko co związane z Rolls-Royce Wraith Luminary już niedługo. 

Dziękuje Magdzie z Rolls-Royce Motor Cars Warsaw za możliwość obcowania z takim samochodem. 

Marcin Łukasik

Ocena czytelników
(0 ocen)
Sending