Inne samochody obejrzysz tylko w lusterku wstecznym | Mini Cooper S TEST

Scroll this

 

Słyszałem plotki, że to król hot-hatchy. To nie król. To nie samochód. To żywcem wyjęty z toru gokart.

Jechałem trasą Łazienkowską, która przecina Warszawę na pół jak nóż pomidora.

Tak – poruszałem się w miarę płynnie, pomimo tego że był piątek godzina 17.00, i dziwnym trafem (no cóż za nietypowa sytuacja) wszyscy styrani po tygodniu pracy, wracali do domu. Ferie to jednak błogosławieństwo dla zakorkowanych miast. Skrzynia ustawiona w trybie sport – i tak sobie skaczę po pasach, jak z kwiatka na kwiatek.

Dojeżdżam do domu. Parkuje na podziemnym i już kątek oka dostrzegam inwigilujący mnie wzrok sąsiada, który kupując Mini ewidentnie przyoszczędził i wziął wersję bez S. I pewnie znowu sobie myśli: „jak ten skubaniec zmienia samochody co 5 minut?”.

Dobra. To skoro już poszalałem jako „bajkopisarz”przejdę do rzeczy. A rzecz jest szybka. Od kilku dni z dziką przyjemnością śmigam Mini Cooperem S. W różnych warunkach sprawdzam jego możliwości – osiągi, spalanie i inne elementy, na które warto zwrócić uwagę przy zakupie tego auta.

Już od progu z napisem John Cooper Works witają mnie sportowe fotele. Takie, że jak człowiek w nich usiądzie to potem do wydostania się z samochodu potrzebne jest wsparcie helikoptera, albo chociaż pomocna dłoń sąsiada. Ale pamiętajmy – jeździmy gokartem, musi być nisko. Wielofunkcyjna kierownica dobrze leży w dłoniach. Zegary są czytelne. Nic niczego nie zasłania. Każdy z elementów wnętrza jest na swoim miejscu i przesadnie nie walczy o uwagę kierowcy. Początkowo miałem problem z umieszczeniem uchwytu na telefon, ale po kilku próbach udało się go przymocować w widocznym miejscu. Pod skrzynią biegów mamy magiczny przycisk, za pomocą którego „regulujemy” nasze wrażenia z jazdy.

Startujemy z trybu klasycznego – standardowe spalanie, brzmienie – żadnych dodatkowych fajerwerków. Przekręcamy na sport i… dzieje się magia. Wnętrze samochodu ogarnia czerwony agresywny motyw. Zawieszenie staje się jeszcze bardziej twarde, a tłumik zaczyna swoim brzmieniem przypominać salwę artylerii.

Wrzucając na skrzyni tryb sport warto również w budżecie domowym zaplanować dotacje na Orlen. Czy innej stacji, na której regularnie do pełnego baku kupujecie cole i hot doga. Męcząc Coopera od świateł do świateł, średnie spalanie pod wieczór wyniosło 20l/100km. Inwestycja w wrażenia kosztuje, ale zwraca się z nawiązką.
Elementem wyposażenia, bez którego nie wyobrażam sobie jazdy, jest zestaw głośników Harman Kardon. Wiem, że kosztują tyle co 3 stare Golfy TDI ale są prawdziwą wisienką na torcie. Żeby nie powiedzieć klasycznie – truskawką. Nieważne, czy słuchamy Zbyszka Wodeckiego, nowej Kylie Minogue czy zespołu Power Play, brzmi to zjawiskowo.

Został jeszcze ten trzeci. Tryb eko czyli ekologiczny zielony. Krążą plotki, że korzysta się z niego w momencie, kiedy prowident już nie odbiera telefonu w sprawie kolejnej pożyczki na benzynę. Jeżdżąc Cooperem „na zielonym” jesteśmy bezczelnie obdzierani z większości wrażeń.

Z zewnątrz auto łączy w sobie nowoczesność i elementy klasyczne. Zarówno widać też, że to cały czas Mini i – co ważniejsze – że to nowe Mini.

Dyskusji na temat prowadzenia, sterowności, trzymania się drogi etc. nie warto podejmować. Ten pojazd to bestia na drodze. Bestia która na każdej nierówności przypomina o bólach w kręgosłupie.

Za każdym razem, kiedy jeżdżę Cooperem S, mam te same zagadki w głowie. Na jedną półkulę mózgu wrzucam takie argumenty jak drogi, mały, niewygodny, twardy jak cholera, pali jak smok. Na drugą: piękny, klasyczny, angielski, dynamiczny, wywołujący efekt „wow”. I ponownie wracam do tego dumania.

Mini Cooper S w kategorii „pojazd praktyczny” zdobywa 0 punktów. Jeżeli jednak szukamy wartości pod tytułem: „dostarczający wrażenia z jazdy” – ode mnie dostaje maxa.

Marcin Łukasik

Ocena czytelników
(0 ocen)
Sending